Skuterem do Włoch – w stronę toskańskich plaż

5 LAT! Dokładnie 5 lat temu zabrałem swoją dziewczynę (dziś już żonę) skuterem do Włoch. Tak sobie myślę, że był to zaczątek „jwt” 🙂 Pierwszy wyjazd opisany w internecie choć raczej nie dlatego, że czuliśmy taką potrzebę – było to częścią zobowiązania wobec sponsora. Od włoskiej firmy Kappa otrzymaliśmy dwa kaski oraz kufer. W zamian mieliśmy napisać relację z wyjazdu oraz wykonać kilka zdjęć do katalogu reklamowego. Dzięki temu mamy gotowy materiał do dodania na kanał. Miło. Artykuł pisany 5 lat temu… Wiele się zmieniło, pozostało jednak jedno – chęć wyjazdu gdziekolwiek i czymkolwiek.

Link do portalu motocyklowego gdzie zamieściliśmy artykuł:
http://www.scigacz.pl/Skuterem,do,Wloch,w,strone,toskanskich,plaz,19325.html

W roku 2011 wpadliśmy na pomysł spędzenia wakacji w Toskanii, a że w posiadaniu był skuter (125 ccm) to właśnie dzięki niemu możemy powspominać ciepłe Morze Liguryjskie lub problemy ze znalezieniem stacji benzynowej. Z założenia miał to być i był wyjazd za parę złotych. Spanie na dziko w namiocie lub za zgodą właściciela posesji, jedzenie głównie przygotowywane przez nas oraz niskie spalanie skutera, pozwoliły obniżyć koszty wyjazdu do minimum. Były jednak momenty, kiedy dzięki uprzejmości spotkanych ludzi i pięknym krajobrazom czuliśmy się jak na wakacjach all inclusive.

Dwutygodniowy wyjazd, podczas którego przejechaliśmy blisko 3500 km, rozpoczęliśmy przekroczeniem czeskiej granicy w Pietrowicach Głubczyckich nieopodal Krnova. Po przejechaniu niemal 500 km, z przystankiem na śniadanie w Wiedniu, noc spędziliśmy w stajni w miejscowości Gleisdorf (30 km od Grazu).

Nad rankiem, o dziwo wypoczęci pomimo całonocnego rżenia koni z pobliskich boksów, wybraliśmy się na krótką wycieczkę po Słowenii, która utwierdziła nas w przekonaniu o pięknie tego kraju. Po kilku godzinach błąkania się po wioskach wróciliśmy z powrotem do Austrii, tym razem do miasteczka Portschach, położonego nad największym z korynckich jezior – Wörthersee. Po przypięciu skutera do ławki oraz znalezieniu kilku metrów gleby przy kamienistym brzegu jeziora, rozbiliśmy namiot. Przed godziną 6 rano obudził nas naglący głos mężczyzny: „Police! Wake up! Wake up!”. Sam już nie wiem czy ze zmęczenia, strachu, a może kierowany reakcją mojej dziewczyny, która nie okazywała chęci podniesienia głowy z poduszki również i ja nie zareagowałem. Po krótkiej chwili głos zamilkł… a może my z powrotem zasnęliśmy. Tak czy inaczej jakieś dwie godziny później po policji nie było ani śladu, a my po kąpieli w najcieplejszym z alpejskich jezior wyruszyliśmy dalej.

Czwartego dnia, przejeżdżając ponad 400 km, przekroczyliśmy włoską granicę. Wjazd do Wenecji o godzinie 14:40 okazał się pomyłką. Caldo! (z włoskiego znaczy „gorąco”) – to pierwsze słowo, którego nauczyłem się po włosku, i którego używaliśmy na okrągło. Założeniem wyjazdu było omijać turystyczne molochy i spędzać jak najwięcej czasu we włoskich wioskach, tak więc zwiedzanie Wenecji ograniczyło się do objazdu centrum oraz kilku bocznych uliczek. Prawie ugotowani, zdecydowaliśmy się pojechać w stronę Ravenny, a dokładnie do Marina di Ravenna – jednego z najbardziej znanych kurortów wakacyjnych na Wybrzeżu Romanie. Na miejsce przyjechaliśmy po godzinie 20.00. Szybka kolacja i całonocny spacer po nadmorskim miasteczku. Niewątpliwie przyjemna była przechadzka po nowo powstałym porcie turystycznym Marinara, do którego każdego dnia dobijają setki pięknych jachtów. Zaraz przed godziną 5 rano przypięcie skutera do pobliskiej latarni i rozbicie namiotu na plaży. Kąpiel w Morzu Adriatyckim i zasłużony, choć jak się za dwie godziny okazuje niezbyt długi sen. Nocne życie toczy się tutaj w centrum miasteczka oraz w wielu knajpach rozsianych wzdłuż plaży, zaś 12 mil od brzegu miłośnicy podwodnego świata znajdą Paguro – pozostałości po zatopionej w 1965 roku platformie wiertniczej, na której powstała sztuczna, tętniąca życiem rafa.

Adriatycką plażę opuściliśmy wieczorem, a po przejechaniu 80 km dotarliśmy do Brisighelli. Miasteczko to położone jest w otoczonej przez trzy skalne wzniesienia dolinie Lamone. Tutaj, zupełnie przypadkiem, udało nam się znaleźć nocleg w położonym na wzgórzu gospodarstwie agroturystycznym. Właściciel nie znał angielskiego, a my posługiwaliśmy się tylko jednym wspomnianym wcześniej włoskim słowem, tak więc komunikacja była mocno ograniczona. W sumie, zdarzało się to stosunkowo często w tym kraju. Lenistwo w ogrodzie… figi prosto z drzewa, kąpiel szlauchem ogrodowym i kolacja z półsłodkim winem. Skuter zaparkowany pod drzewem granatu, a my do spania w namiocie ustawionym jak zwykle „oknem” w kierunku wschodu słońca. Następnego dnia zjechaliśmy do miasteczka obejrzeć poleconą przez przemiłego gospodarza średniowieczną fortecę Rocca Manfredian oraz zjeść coś włoskiego (już wiemy jak powinna smakować bruschetta z rukolą, pomidorami i mozzarellą). Brisighella, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia, okazała się antyczną osadą uzdrowiskową odznaczoną najcenniejszymi nagrodami uznaniowymi – najpiękniejsza osada we Włoszech, Cittaslow oraz Pomarańczowa flaga Touring Club Italiano!

Po trzech dniach obozowania w Brisighelli zdecydowaliśmy się pojechać dalej na Zachód. Przejazd i krótki postój we Florencji – sytuacja bliźniaczo podobna do tej w Wenecji. Uliczne termometry wskazywały niemal saharyjską temperaturę 46 stopni. W Sienie zabrakło nam kilku dni, aby zobaczyć Palio di Siena, jednak już sam plac o charakterystycznym kształcie muszli, na którym odbywają się wyścigi konne, zrobił na nas ogromne wrażenie. Piazza del Campo, bo o nim mowa, dwa razy w roku zamienia się w tor wyścigowy, a tradycja tej gonitwy sięga czasów średniowiecza. Na placu znajduje się między innymi wieża Torre del Mangia, z której po przejściu ponad 500 schodów roztacza się piękny widok na całą okolicę oraz Palazzo Pubblico, pałac zbudowany na przełomie XIII wieku.

Po wyjeździe ze Sieny zatrzymaliśmy się w kolejnym gospodarstwie agroturystycznym przy toskańskiej miejscowości Volterra. Kaski pochowane w kufrze a my, jak przystało na turystów, zaopatrzeni w aparat i portfel, zwiedziliśmy malownicze średniowieczne miasteczko. Wracając w kierunku noclegu na obrzeżach centrum natknęliśmy się na rzeźbę pochodzącego z tego miasta Mauro Staccioli, „The Ring”.

Jazdę kolejnego ranka, tym razem w stronę Wysp Toskańskich łączących Morze Liguryjskie z Morzem Tyrreńskim, przerwała awaria. Tuż przed miasteczkiem Cecina, kilku motocyklistów oraz patrol policji uświadomili nas, że tego dnia (niedziela) nie zdołamy naprawić skutera. Zmuszeni podjechać 20 km do najbliższego mechanika, w przechodzącym najśmielsze wyobrażenia upale, zdołaliśmy tymczasowo naprawić pękniętą rurkę od chłodnicy i dotrzeć na miejsce. Nie obyło się bez użycia jakże wszechstronnej srebrnej taśmy oraz wody mineralnej, którą moja dzielnie znosząca trudy wyjazdu dziewczyna, musiała oddać aby napełnić pojemnik od chłodnicy. Zwieńczeniem ciężkiego dnia była kąpiel pod kranem za stacją benzynową oraz nocleg na polu słoneczników.

Kolejny dzień rozpoczął się pobudką o siódmej rano. Oddanie skutera do mechanika, blisko dwugodzinne oczekiwanie, 35 euro i w drogę! Godzina 09.00, 32 stopnie, wyjazd w stronę Livorno i noc na klifie. Tutaj, w otoczeniu lasów piniowych, siedząc po szyję w wodzie, zdaliśmy sobie sprawę że dotarliśmy do celu. Dojechaliśmy do toskańskich plaż posiadając przysłowiowe parę złotych w kieszeni! Zgadza się, czasami w górach brakowało tej mocy silnika, a w drodze irytowało palące słońce, jednak teraz, podczas wylegiwania się na plaży, nie miało to znaczenia.

Po dwóch dniach leniuchowania, z samego rana wyruszyliśmy do Pizy. Stąd kierując się w stronę Werony warto z drogi A12 skręcić w stronę morza na równoległą drogę, która ciągnie się niespełna 50 km wzdłuż piaszczystej plaży. Dalej po odcinku blisko 250 km dojechaliśmy nad największe i najczystsze jezioro we Włoszech – Garda. Kąpiel przy zachodzie słońca i nocleg na pobliskich polach winogron.

Ostatni dzień we Włoszech okazał się najdłuższym na wyjeździe. Około godziny 09:00 wyjechaliśmy w stronę Polski. Po drodze postój na obiad w miasteczku Villanova, trzy tankowania plus kawka w Austrii i jedno, już ostatnie, o wschodzie słońca w Polsce. Po 20 godzinach jazdy i 1011 km – Home, Sweet Home!

DSCF8138 DSCF8211 DSCF8246 DSCF8325 DSCF8396 DSCF8401 DSCF8433 DSCF8465
DSCF8442 DSCF8490 DSCF8687 DSCF8695 DSCF8846 DSCF8874 DSCF8916 DSCF8921 DSCF8959 DSCF8968  DSCF9107 DSCF9116 DSCF9134 DSCF9182 DSCF9184 DSCF9206 DSCF9223 DSCF9293 DSCF9297

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s